Film

Niespodzianka

16 Czer

W ubiegłym roku miałam spotkanie autorskie w Jarosławiu. Miło je wspominam, bo przybyła na nie młodzież słuchała uważnie i nawet po oficjalnym zakończeniu  chwilę ze mną rozmawiała. Dowiedziałam się, że są uczniami szkoły plastycznej, co mnie je jeszcze bardziej zbliżyło z nimi, bo też jestem absolwentką plastyka.

Kilka dni temu dosłałam prośbę, umieszczoną w komentarzach pod blogiem, o e-mailowe skontaktowanie się, gdyż nadawca ma dla mnie jakąś niespodziankę. Przypuszczałam, że to zbieranie adresów dla celów reklamowych, choć intuicja nie pozwoliła mi zignorować tej propozycji. Odpisałam i okazało się, że kilkoro z uczestników tamtego spotkania zilustrowało mój wiersz. Bardzo byłam wzruszona. Dziękuję. Zamieszczam filmik.

Świat jest milszy, niż się wydaje.

 

Reklamy

ŚWIĘTO WIERSZA

29 Maj

Jakże chętnie określa się tym mianem rozmaite spędy poetyckie, jakby zapewniając, że proponują ucztę duchową. Bardzo łatwo ulegam czarowi tego sformułowania i cieszę się na myśl o celebracji słowa wiązanego. Z tego, że będę mogła słuchać, jak autorzy czytają własne utwory. Jak indywidualny rytm oddechu buduje specyficzną strukturę pauz, jak się zestawia z brzmieniem głosu, tworząc charakterystyczną dla każdego poety melodię. Jak ta z kolei wydobywa z tych tekstów coś, co nieuchwytne w trakcie cichej lektury.

I gnana tym impulsem trafiam w miejsce, gdzie występują poeci. Głodna obcowania ze sztuką słucham wprowadzenia. Prezentację sylwetki autora zazwyczaj traktuję jak chwyt retardacyjny. Przynajmniej w ciągu pierwszych pięciu minut łudzę się, że podbije napięcie w dalszym przebiegu spotkania. Wtedy liryka wybrzmi z właściwą siłą. Ale już po dziesięciu, kiedy wprowadzający dochodzi do informacji „dyplom z wyróżnieniem w 1971 roku”, wiem, że nic z oczekiwanego efektu.

Tymczasem wiersz czeka na swoją kolej. Miał stać w centrum i wzruszać jak źrebak na łące, a został użyty niczym koń pociągowy. Zmaga się z rosnącym wciąż ciężarem sylwetki. A tu jeszcze informację, że autor jest głównym specjalistą, a nie specjalistą tylko w jakimś zakładzie i na dwudziestolecie twórczości trzydzieści lat temu dostał odznaczenie.

Wreszcie wiersz, coraz bardziej przypominający szkapę ze słynnej noweli, dociera do żłobu i spożywa swoją garstkę owsa, ale już wiem, że to nie święto wiersza, ale popis ludzkiej próżności.

NASI

23 Maj

Oj, udał się ten maj.! Bohdanowi Zadurze przyznano Wrocławską Nagrodę Poetycką „Silesius”za całokształt twórczości. Lubelskie Wydawnictwo Episteme za edytorskie walory „Poematu filozofującego” Edy Ostrowskiej – jak rok wcześniej za jej wydane tu  „Edessy” –wygrało konkurs na Najpiękniejszą Książkę, którego wyniki są ogłaszane podczas Warszawskich Targów Książki. W tych samych okolicznościach Marcin Wroński odebrał statuetkę Złoty Pocisk za „Czas Herkulesów” – dziewiątą publikację z cyklu o przygodach Komisarza Maciejewskiego.

A maj przecież jeszcze trwa

NIE MA REGUŁ BEZ WYJĄTKÓW

4 Kwi

Ledwie zdążyłam napisać o zgubnych konsekwencjach upodobania do przymiotników – tak wśród twórców literatury, jak i odpowiedzialnych za jej obieg – a już spieszę z tytułowym zastrzeżeniem.

Pewnie bym tkwiła w przekonaniu, że trzy w jednym wersie, choćby najdłuższym, źle świadczą o warsztacie, a jeśli w dodatku odnoszą się do jednego desygnatu, są dowodem stylistycznego zapóźnienia itp., itd. Przeczytałam jednak najnowszy tomik Marzanny Bogumiły Kielar. Wiersze ze zbioru wydanego po dwunastu latach milczenia poruszyły mnie głęboko. Szczególne zaś wrażenie dała mi sensualność świata uzyskana właśnie dzięki tej „niebezpiecznej” części mowy. Ani jednego z nich bym nie wykreśliła. Żaden nie wydawał mi się użyty ponad potrzebę. Podobnie jak dopełniaczowych metafor, które zwykliśmy brać za dowód poetyckiej nieporadności. Tu jednak obydwa zabiegi stworzyły niepowtarzalną jakość – świeżą i przekonującą.

Chciałabym mnożyć listę słów dopowiadających cechy tej poezji, ale zakazuję sobie tego niebezpieczeństwa. Tchnienie nowe w zużyty, jak by się mogło zdawać, materiał odbieram z pozycji Salieriego, który słucha muzyki Mozarta.

ZANIM

20 Mar

Z przymiotnikami należy postępować ostrożnie. W literaturze zwykle obniżają jakość obficie przyprawionych nimi dzieł. Ci, którzy ich nadużywają w mowie potocznej zdają się albo pochlebcami o podejrzanych intencjach, albo sprawiają wrażenie ludzi przesadnie krytycznych.

Ostatnio moją uwagę przykuł szczególnie jeden z zasobu kłopotliwej części mowy. I chociaż ma naturę solisty, razi swoją siłą mocniej niż całe szeregi innych. Widuję go na afiszach i drukach zaproszeń. Tam rangę anonsowanego artysty ustala przymiotnik „znana/znany”. Jakież to musiało być miłe dla bohatera imprezy. Jak przedwstępnie satysfakcjonujące uczestników zdarzenia.

Pewnie nic w tym złego. Kiedy się jednak człowiek wmyśli w sens słowa, pierwszy entuzjazm mija. Odsłania się bowiem paradoks wpisany w sytuację jego użycia . Bo przecież „znany” z góry zakłada wiedzę o osiągnięciach przedstawianego człowieka, więc imię i nazwisko powinno wystarczyć.

Ale przecież są „znani’ i „znańsi”. Dla oddania tej prawdy istnieje możliwość stopniowania, której nie daje gramatyka, lecz zabieg dostawiania kolejnych kwantyfikatorów. To one zakreślającą terytoria popularności, np. do regionu, miasta, grupy zawodowej. W małej gminie jest się artystyczną personą po jednej książce czy wystawie, ktoś mieszkający w dużym mieście, nawet ze sporym dorobkiem, nie ma szansy zaistnienia w świadomości znakomitej części swoich krajan.

Trudności mnożą się jak króliki, więc co robić? Zapomnieć o tym przymiotniku. Zalecam, póki mnie jeszcze tak nie zapowiadają.

STARE W STARYM

12 Mar

Znowu będę nadrabiała zaległości, bo dopiero teraz obejrzałam spektakl, który miał premierę w październiku 2017 r. Udało się zdobyć wejściówkę na szkolny poranek w Teatrze Starym, gdzie grano „Żywych i i umarłych”.

Podstawą spektaklu jest odnaleziona przez uniwersyteckich badaczy „Melodrama fantastyczna w 3 aktach, w 8 Obrazach napisana oryginalnie przez Stanisława Krzesińskiego w 1853 roku”, którą w teatrze przy Jezuickiej 20 (wówczas należącym do Łukasza Rodakiewicza) niezwłocznie wystawiono. Autor w ciągu pięciu dni stworzył pełną nieprawdopodobieństw historię miłosną z wątkami kryminalnymi. Dobro walczy w niej ze złem, a zamek Urbino – symbol egzotyki nadaje wszystkiemu niecodzienny wymiar. Jarosłw Cymerman i Grzegorz Kondrasiuk, odpowiedzialni za dramaturgię, uzupełnili sztukę o XIX wieczne materiały publicystyczne i fragmenty literackie ukazujące teatr w wielu aspektach. Z przemieszania stylów Krzesińskiego, Reymonta, Blizińskiego, Caldrerona dela Barca i Rymkiewicza powstał oryginalny stylistycznie i treściowo konglomerat.

Wyreżyserowana przez Joannę Lewicką historia wypadła nadzwyczaj spektakularnie. Mamy tu wiele rozwiązań estetycznych, które w udany sposób zastąpiły sensacyjny charakter techniki teatralnej sprzed półtora wieku. Dobrym posunięciem stało się wzięcie ich (iluzji scenicznej, pirotechniki)w cudzysłów, co pozwoliło uniknąć wrażenia kpiny z naiwności. W zamian zaś dało pole do satysfakcjonującej gry z widownią.

W poziomie wrażeń, jakie dostaje publiczność, swój znaczący udział mają wykonawcy – tak obyci ze sceną, jak Angelika Kujawiak, Mateusz Nowak i Dariusz Jeż, jak i debiutujący Grzegorz Kondrasiuk. Jego dystyngowana elegancja w roli narratora jeszcze podbija szaleńczą dynamikę pozostałych kreacji.

Patynę epoki na przedstawieniu kładzie też wykonywana na żywo muzyka.

Przy tym wszystkim urzeka skromna postawa organizatorów, którzy nacisk kładą na walor edukacyjny. Toteż w wystąpieniu poprzedzającym widowisko Jarosław Cymerman – teatrolog uświadamia słuchaczom kontekst, w jakim ten tytuł pierwotnie funkcjonował, czyli komercyjny charakter prowincjonalnej sceny, której repertuar dyktowały oczekiwania „klubowej”publiczności. To bardzo odświeża obraz dziewiętnastowiecznej literatury dramatycznej, który w szkolnej edukacji z konieczności ogranicza się do Mickiewicza, Słowackiego i Krasińskiego.

Przedsięwzięcie zrealizowano w ramach projektu „Scena Lublin” łączącego pracę teatralną z działalnością badawczą Pracowni Teatrologii UMCS i programem edukacyjnym Fundacji Teatrikon skierowanym do lubelskich licealistów. Warto też dodać, że współfinansowanego ze środków Miasta Lublin (z okazji obchodów 700-lecia miasta w 2017 roku) oraz Narodowe Centrum Kultury.

Stare, ale po nowemu

autor: Stanisław Krzesiński
reżyseria: Joanna Lewicka
dramaturgia: Jarosław Cymerman, Grzegorz Kondrasiuk
scenografia i kostiumy: ElBruzda
reżyseria światła: Grzegorz Polak
opracowanie muzyczne: Łukasz Jemioła
kierownictwo produkcji: Łukasz Wójtowicz
występują: Angelika Kujawiak, Dariusz Jeż, Mateusz Nowak

DWA W JEDNYM PLUS JESZCZE COŚ

21 Lu

Ten dodatek to ponowne odkrycie Dworku Wincentego Pola i to nie tylko jako muzeum biograficznego, ale też miejsca otwartego na najbardziej aktualne przejawy kultury. Poprzedni raz byłam tu z okazji któregoś z okrągłych jubileuszy Sceny Plastycznej KUL, której działalność dokumentowała wystawa zdjęć Lucjana Demidowskiego.

Teraz impulsem do odwiedzenia tej placówki stało się spotkanie autorskie duetu Anna Łyczewska (poezja) i Krzysztof anin Kuzko (fotografia). Ich wspólna książka „Lublin zza mgły” ukazała się w Norbertinum pod koniec 2017 roku jako pozycja zrealizowana w ramach stypendium Prezydenta Miasta Lublina.

Miejsce okazało się sympatycznie kameralne. Automatycznie wytworzyło się poczucie bliskości między bohaterami spotkania i gośćmi, którzy wypełniali salę po brzegi. Pan Wiktor Kowalczyk, kustosz, miło sprawował rolę gospodarza, a obecność prezesa Wydawnictwa Piotra Sanetry podnosiła rangę wydarzenia. Poczęstunek w tym domowym otoczeniu stał się sympatycznym podwieczorkiem, co piszę bez cienia kpiny, lecz głęboko przeświadczona, że choćby najmniejszy bufet zatrzymuje na chwilę gości. A krzątanina wokół stołu sprzyja nawiązywaniu kontaktów i zwykłą publiczność zamienia w towarzystwo. Słowem; jest ważnym dopełnieniem prezentacji samego dzieła.

Choć ono przecież powinno pozostać w centrum. Więc do rzeczy. Poetka wypełniła swoją część tomiku utworami haiku. Nie pokuszę się o rozpoznawanie cech gatunkowych japońskiej formy poetyckiej w zamieszczonych przez Anię tekstach, bo trudno temu sprostać. Wschodni sposób notowania wrażeń opierał się na innym metrum, a także na ścisłym związku z odmienną filozofią, więc europejskie próby wyrażenia treści w trzywersowych utworach muszą być odległe wobec pierwowzoru. Tym niemniej wspólną cechą pozostaje dążenie do minimalizmu, oddania nastroju chwili, pewnej subtelności wyrazu. Najbardziej poruszył mnie te :

Przy grobie dziecka
zapachniały poziomki.
Kiedyś ktoś płakał.

Fotografie Krzysztofa anin Kuzko – współtworzące album to portrety miasta co najmniej dwojakiego rodzaju. Jedne dają pierwszeństwo zobiektywizowanej prawdzie (o ile w sztuce można o takiej mówić)krajoznawczej, drugie mają charakter kompozycji symbolicznej, jak ten ptak w locie nad drutami Majdanka lub dwa cienie postaci w ruchu padające na tło bruku. I jeśli tutaj miałabym ujawnić własne gusty, to przyznam, że wolę zdjęcia bez tych postarzających je ramek, które zostały dodane do konterfektów miasta. Fotografie wypełniające całą powierzchnię stron lepiej do mnie przemawiają.

Zresztą sami będziecie mogli wyrobić sobie pogląd, oglądając wystawę obydwojga artystów w Urzędzie Miasta.

%d blogerów lubi to: