III. A co, jeśli…?

13 Paźdź

Może się zdarzyć, Widzu, że podczas „Konfrontacji” będziesz się musiał dobrze wsłuchiwać w kwestie  wypowiadane ze sceny w sposób trudny do zrozumienia, chociaż widać, że aktorzy wkładają  ogromy wysiłek w ich wypowiedzenie i są w swój występ w najwyższym stopniu zaangażowani.

Nie bądź natychmiast rozczarowany, że zamiast znanych odtwórców (często tylko z serialowych ról) dostajesz  amatorów. I to jeszcze upośledzonych. Zwalcz w sobie utrwalone przeświadczenie, że teatr  jest miejscem powierzchownej przyjemności i satysfakcji typu: byłem na „głośnym nazwisku”.

W zamian masz wiele postaw, a także mnóstwo powodów do zadowolenia. Jesteś świadkiem terapii poprzez sztukę. Uczestniczysz w walce z wykluczeniem. Na dodatek możesz czerpać doznania artystyczne, bo energia tego, co dzieje się na scenie,  potrafi wywołać niebywały odzew wśród  publiczności.

Uwierzcie doświadczonej.

Reklamy

A co, jeśli…? (II)

12 Paźdź

Na przykład, Widzu, próbują cię, przekonać, że performans to absolutna nowość, to odsyłam cię do  spektakli teatrów studenckich z lat siedemdziesiątych, kiedy artyści sceny studenckiej angażowali publiczność z najwyższym upodobaniem. Warto też zajrzeć do programu galerii plastycznych jakieś dziesięć lat później. To już kolejny raz ta forma działania zafascynowała teatry.

Ponadto, Drogi Oglądający, nie dawaj wiary w to, że każda propozycja odbiegająca od Twoich doświadczeń odbiorczych, mieści się w grupie teatru performatywnego. Wielu z nich można by przykleić starą dobrą etykietę „happeningu”, jaką określano przedstawienia warszawskiej Akademii Ruchu – grupy założonej w 1973 roku. Ten operujący prostą narracją wizualną zespół odnosił się w swoich wypowiedziach do najbardziej aktualnych problemów społecznych. Szczególnym przedłużeniem działania grupy jest Janusz Bałdyga, absolwent ASP, który wciąż propaguje te idee w przestrzeni wystawienniczej

Jednak formalne rozróżnienia są niczym wobec siły oddziaływania konkretnej propozycji, którą czujemy lub nie – bez względu na nurt, jaki reprezentuje.

A co, jeśli…?

9 Paźdź

A co, jeśli… – tak brzmi hasło, pod którym przebiegają 22. Konfrontacje Teatralne w Lublinie (październik 2017). Marta Keil i Grzegorz Reske od kilku lat sprawujący funkcję kuratorów festiwalu, na swój sposób wyłożyli jego sens. Tymczasem ja chcę dorzucić parę rozwinięć tytułowego pytania, identyfikując się przy tym z różnymi typami odbiorców. Zaś posuwając się  o krok dalej, poszukam zaleceń, które będą służyły rozjaśnieniu powstałych wątpliwości.

I

A co jeśli się okaże, że bilet, który kupowaliśmy w swoim mniemaniu na przedstawienie, upoważnił nas do wejścia na debatę, ankiety zobowiązał do wypełnienia ankiety lub skazał na wykład?

Weź wszystko za dobrą monetę. Przyłóż się do stawianych oczekiwań, bo jak słusznie zauważyłeś role między sceną i widownią znacząco się odwróciły. Używaj swojego głosu: mów, krzycz, milknij na komendę. A przede wszystkim myśl. To się stanie twoim największym zyskiem. Wyjdziesz z poczuciem, że jesteś odkrywcą bardzo ważnych prawd i zasad. W tym fakcie możesz znaleźć źródło wzruszeń. Czy to nie dość, żeby zaakceptować teatr, który wprawdzie nie daje wypolerowanej formy scenicznej, ale jest tak skuteczny w intelektualnej prowokacji.

 

 

 

 

NA JEDNEJ SCENIE

26 Wrz

Niedawno w Lublinie gościła Irena Jun, znakomita odtwórczyni ról Beckettowskich. Przyjechała tu, żeby wystąpić w Domu Kultury „Węglin” we wznawianym po wakacyjnej przerwie cyklu „Wieczne Czytanie”, który prowadzi uznany monodramista Mateusz Nowak. Tym razem  był to Czechowicz, ale nie jako poeta, lecz mało znany autor prozy i tekstów publicystycznych.

Aktorka we współpracy z dr Jarosławem Cymermanem, kierującym Muzeum Czechowicza, skomponowała z tych tekstów niezwykłą całość, która złożyła się na szeroki obraz duchowości Czechowicza. Ich prezentacja pozwoliła nam uświadomić sobie, jak głęboko był zaangażowany w życie kulturalne, polityczne i społeczne swoich czasów.

A w teatrze jednego aktora zaprezentowanym na bazie tego materiału Irena Jun wyreżyserowała siebie tak, że siła jej obecności na scenie trwa we mnie do tej chwili.

Co najważniejsze,  w tym spotkaniu  dwie wyraziste osobowości  nie rywalizowały ze sobą, tylko wzajemnie się wspierały, przydając jedna drugiej blasku.

BARWNA SUMA

5 Wrz

„PRAGNIENIE” – taki tytuł nosi albumu, który Tadeusz J. Chmielewski wydał w Norbertinum. Książka ukazała się wiosną 2017 i miała promocję z wielkim rozmachem. Spotkaniu autorskiemu w Galerii Vetter (Młodzieżowy Dom Kultury nr 2 w Lublinie) towarzyszyła wystawa fotografii, bo Tadeusz (piszę o nim po imieniu, gdyż, kiedyś wspólnie uprawiliśmy turystykę górską) od dawna rejestrował rzeczywistość tak aparatem, jak i słowem, które często potem śpiewał do skomponowanych przez siebie melodii i przy własnym akompaniamencie. Ponadto od zawsze był zapalonym ekologiem – nie tylko jako pracownik naukowy i przedstawiciel instytucji powołanych do ochrony zasobów naturalnych. ( Szczegółowy wykaz jego zatrudnień i osiągnięć we wspomnianych dziedzinach znajduje się na stronach książki, więc nie będę ich przytaczać, by nie wprowadzać zbyt oficjalnego tonu) Na wspólnie odbytych trasach poznałam go również jako męża i ojca, bo wędrował w towarzystwie rodziny.
Wszystkie te aktywności znalazły świadectwo w albumie. Odbiły się tu także jego różnorodne postawy. Czułe oko artysty zachwycone pięknem krajobrazu sąsiaduje ze spojrzeniem fachowca od środowiska. Potrzeba inwentaryzacji obiektów przyrodniczych przeplata się z chęcią zatrzymania w kadrze postaci bliskich, a reliktów natury z wykwitami cywilizacji. Obrazom tym towarzyszą (a może to obrazy towarzyszą słowom?) wiersze, liryczne notatki prozą oraz naznaczone tragizmem zapisy z życia rodziny. W niektórych spośród 45 tekstów autor, jak eseista, dywaguje na temat losu albo skupia się na rozważaniu stylów fotografii…. Zaś wszystko to spaja pragnienie, by dać świadectwo istnienia – własnego i otoczenia w całym swym bogactwie. Od związku z przodkami, przez różnorodność doświadczeń aż po deklarację norm, które wpływały na życiowe wybory.
W sukurs temu pragnieniu przyszło Wydawnictwo, które wypuściło imponującą pod względem poligraficznym pozycję. Format A-4, piękny papier, znakomita kompozycja plastyczna stron, na których słowo i obraz zespoliły się kolorem tła we wzajemnie podbijającą swoje znaczenie całość. Toteż album znakomicie spełnia ideę tytułowego wiersza:

Na początku było Pragnienie
[…}
A Pragnienie wciąż pobudza je
do poszukiwania
nowych form ekspresji

(ABC „Moje urodziny, 4.04.2013)

A chociaż użyte w nim „pragnienie” ma chyba metafizyczny sens, nie szkodzi to jednak, by oba porządki się spotkały.

KŁOPOT Z MINISTREM SZ.

29 Sier

Nie dość, że rozpoczął współczesną rzeź niewiniątek,  to jeszcze i to…  Minister, który za nic  ma sobie protesty ekologów, a nawet dyrektywy Komisji Europejskiej, zaczął sprawiać jeszcze jeden kłopot.

Tym razem jednak nie z własnej (złej) woli skazuje nas na wyczerpujące próby przezwyciężenia trudności i cierpienia (ucha). Te pierwsze – uogólniając – są udziałem dziennikarzy i komentatorów występujących w mediach, drugie- także generalizując – dotyczą głównie ich słuchaczy.

A  gdyby tak przypomnieć sobie Fredrę… Nie, żeby komediowym spojrzeniem łagodzić ból po wycince puszczy.  Fredro potrzebny jest w innej sprawie. Wielkiego Narodowego Twórcę  z małego formatu dewastatorem dobra narodowego łączy tylko nazwisko o wspólnym paradygmacie.

Jeżeli w szkole przyswoiliśmy sobie wzór jego odmiany, niech nasze usta będą niczym Arka. Choć tyle możemy ocalić.

O JEDEN WIĘCEJ

20 Czer

Moja kolekcja znów się powiększyła. Stało się to 2-go czerwca wczesnym wieczorem, ale w natłoku wydarzeń kulturalnych, które mnie absorbowały, nie zdążyłam tego obwieścić światu. Aha, powinnam przypomnieć, co gromadzę. Mój zbiór obejmuje „przebiegi” spotkań autorskich, do których zaliczam tak scenariusze, jak i zachowania bohaterów.

I właśnie szczególna gratka trafiła mi się podczas niedawnego festiwalu poetyckiego w lublinie. Wtedy to jeden z uczestników zbiorowego czytania wierszy (czterech poetów, każdy prezentuje własną twórczość) … odmówił wykonania czynności. A zdumiona publiczność nawet nie doczekała się wyjaśnienia, z jakiego to powodu.

We mnie zgorszenie walczyło z radością, bo choć mi się to nie podobało, to jednak zdarzenie pomnożyło mój zbiór, co musi budzić wdzięczność hobbysty.Z tego więc miejsca pragnę podziękować ofiarodawcy, który – jak mi się wydaje – zechce pozostać anonimowy.

%d blogerów lubi to: