WZRUSZENIE I PODZIW

13 Czer

W miniony piątek przed południem znalazłam się w sali widowiskowej Centrum Kultury, którą po brzegi wypełniała niemal wyłącznie młodzież, która przybyła pod kuratelą nauczycieli. Nie wróżyło to nic dobrego…

Kiedy jednak na scenie zaczęła się taneczna opowieść o historii Lublina, wszyscy zapomnieli o swoich smartfonach, chipsach i ploteczkach. W skupieniu oglądali płynnie następujące po sobie części i nawet nie przerywali ich brawami, świadomi że to przedstawienie, a nie estradowy występ. Bardzo mi zaimponowało ich teatralne obycie i uradowała chęć uczestnictwa w kulturze.

To pierwsze zadowolenie łączyło się z satysfakcją, jakie dawało samo widowisko – choreograficznie przygotowane i wyreżyserowane przez Renatę Pyszniak, która jest także twórczynią kostiumów. Do spektaklu zaangażowała najdojrzalszych tancerzy spośród kilkunastu grup prowadzonych przez siebie w Spółdzielczym Domu Kultury ”Czechów”, którzy stworzyli sprawny technicznie i świadomy środków ekspresji zespół oferujący barwne widowisko o dobrze zróżnicowanym rytmie i nastroju.

Do tego jeszcze rozczulał mnie widok tancerek (bo to jednak głównie dziewczęta)pamiętanych przeze mnie jako nieśmiałe adeptki, przeobrażonych teraz w obyte ze sceną wykonawczynie.

Podziwiałam efekt pracy, ale nie mniej zapał do niej, jaki nie opuszcza ich wieloletniej instruktorki umiejącej wyzwalać w młodych ludziach prawdziwą pasję do tańca i chęć spełnienie się na tym polu.

Jeszcze raz gratuluję.

Reklamy

MŁYNARSKI JEST DOBRY NA WSZYSTKO

7 Czer

Ech, ubawi Was ogromnie
W parę chwil balladka ta:
Raz w zaprzęgu szły dwa konie,
Szły w zaprzęgu konie dwa.

Pierwszy był to koń posłuszny,
Który w galop, cwał czy trucht
Pięknie ruszał, grzecznie ruszał
Na najmniejszy bata ruch.

Za to drugi koń był hardy,
Nieposłuszny, pędziwiatr,
W biegu szybki, w pysku twardy,
Furda lejce, furda bat!

Zaś gdy chodzi o woźnicę,
Co na koźle z batem tkwił,
Bardzo on to kierownicze
Stanowisko lubił był.

Ten woźnica dnia każdego
Myślał, mrużąc ślepia złe:
Skarcę konia niegrzecznego,
Gotów jeszcze kopnąć mnie!

Lecz cóś przecież począć muszę
Albo z kozła ruszać precz,
Autorytet się mnie kruszy,
Autorytet ważna rzecz.

Po czym w stajni, już przy żłobie
Ten woźnica bat swój brał,
Brał go tęgo w dłonie obie
I… grzecznego konia prał…

A do niegrzecznego mawiał,
Strojąc głos na srogi ton:
Jak się będziesz, draniu, stawiał,
To zarobisz tak jak on!

A kto jest którym koniem, co to za woźnica i w kontekście jakiej rzeczywistości przypominam tę balladę, niech pozostanie moją gorzką tajemnicą.

KSIĄŻKI I DZIECI

30 Maj

Za nami maj – miesiąc, z którym nie tylko łzy, bzy i słowiki, ale i książki mają szczególne znaczenie. A przynajmniej imprezy poświęcone ich promocji. Natomiast już pojutrze pierwszy czerwca, czyli Dzień Dziecka. Pozwolę sobie więc wykorzystać styk tych okoliczności, by wsiąść na ulubionego konika.

Od dawna istnieje przekonanie, że autor jest wobec swego dzieła w podobnej relacji co rodzic i dziecko. Jedno i drugie jest cząstką tego, kto je stworzył, ma więc wobec niego wiele praw, nie wspominając o obowiązkach. Typologia rodzicielstwa jest rozległa, ale zajmę się tylko postawą dominującą. Nie reprezentują jej wyłącznie jacyś budzący zgrozę brutale.Czasem są to całkiem sympatyczni ludzie, a ich panowanie nad potomstwem ma postać troski o dobro spłodzonych przez siebie istot. Ta często jednak tłumi ich aktywność i nie pozwala uzyskać autonomii. Próby indywidualnej ekspresji ustają wobec nacisku i potomek staje się jedynie kimś z opisu rodzica.

Czy mylę się, że ten psychologiczny schemat niekiedy ujawnia się także podczas spotkań autorskich, na które autorzy przychodzą ze swoimi dziećmi – utworami? Chcielibyśmy je usłyszeć. Jesteśmy ciekawi, co myślą i jak mówią. Mamy zamiar im to umożliwić, lecz wtedy czuwający w pobliżu rodzić skwapliwie je wyręcza. Opowiada, co sądzą na różne tematy, jakie mają charaktery i jak by nam jeszcze mogły się przedstawić, gdyby doszły do głosu.

Cudowne narzędzie demokracji

25 Maj

Czyli alfabet. Od iluż niezręczności potrafi uchronić. Przed iloma pretensjami zabezpieczyć. Wystarczy, że trzeba wyliczyć członków ciała kolegialnego, które nie ma wyraźnej struktury z przewodniczącym i członkami. Podać uczestników imprezy, w której podczas jednego występu stają ramię w ramię podczas i na czas występu grają równorzędne role. A więc – przynajmniej z pozoru – są sobie równi,choć wszyscy wiemy, jak taki „spłaszczenie” – szczególnie w dziedzinach artystycznych – bywa bałamutne.

Jeżeli jednak organizator wydarzenia nie ma pomysłu na oddanie hierarchii wewnątrz takiej grupy, powinien się chwycić porządku alfabetycznego. Jak deski ratunku. Wtedy ostatni w szeregu będzie miał pretensje do losu, że go obdarzył nazwiskiem na Zet i nie poczuje zawiści wobec pierwszego, bo wiadomo, że ktoś na A – z tego samego tytułu – musi być przed nim. Alfabet tak chciał i koniec. Żadna wycena artystycznych zasług, skutek powinowactwa, wpływ opcji politycznej. W takim układzie nic nie zdradza kontrowersji w sprawie doboru zaproszonych. Nic nie sugeruje, które decyzje zapadły na samym początku, a które w ostatniej chwili, jakby na doczepkę. To powinno zostać tajemnicą twórców imprezy. Elegancja tego wymaga.

Przeczytałam właśnie program jednego z lubelskich festiwali, który obchodzi właśnie swoje dziesięciolecie, i zobaczyłam w nim coś, czego wolałabym nie zauważyć. Fastrygę spinającą kształt lubelskiej cząstki, co już przedwstępnie obniża powagę lokalnej reprezentacji.

Nie zamierzam walczyć o staromodną kurtuazję wobec płci, która kazałaby „kobiety puszczać przodem”, ale zechcę się upierać, że każdy powinien mieć prawo do imienia …przed nazwiskiem. Żeby stawiane po nim nie rzucało na poetę cienia urzędniczej stylistyki.

Kolejność alfabetyczna może nie jest narzędziem doskonałym do traktowania artystów, ale jak dotąd nic lepszego nie wymyślono.

Próba diagnozy

9 Maj

Jedna mówi, drugi mówi, trzecia mówi. Słychać umęczone głosy. Każda opowiada o dolegliwościach, jakby była babą, co przyszła do lekarza. Ale to nie baby z dowcipu, tylko babki, które mają kłopot z figurą. Jedna przybrała na wadze, druga nie może zrzucić kilogramów, trzecia pragnie się odchudzić.

 

Radiowy pan doktor  ma dla wszystkich wspaniałą ofertę. Zaleca im jeden konkretny paramedykament i po sprawie. Przynajmniej dla pań o nieakceptowanych krągłościach. Ja natomiast wyciągam z tej reklamy zupełnie inną korzyść. Jest nim przesłanie: mów o swoich utrapieniach, mów, mów. Nazywaj je wszelkimi językami, jakbyś się wcielał w tysięczne postacie, aż wywołasz wrażenie niezadowolonego tłumu. Wtedy znajdzie się chętny do poprowadzenia go ku zwycięstwu. Wyjmie z tornistra buławę, czując upojny smak zbiorowej wdzięczności.

Od następnego wpisu przystępuję do dzieła.

NIEPRAWDA

2 Maj

Jeszcze raz powtórzę z całym przekonaniem: nieprawda, że dzisiejsza młodzież ma kontakt jedynie z ekranem swojego smartfona. Mówię to z własnego-doświadczenia, które mnie samą zaskoczyło. Podczas spotkania autorskiego w jarosławskim Centrum Kultury zetknęłam się z uczniami liceum plastycznego – ludźmi słuchającymi poezji w wielkim skupieniu i chętnymi do rozmowy o niej. To przedpołudnie dało mi wiele przyjemności, za którą serdecznie dziękuję Organizatorom i Przemiłej Publiczności.

PRZERWANY LOT

18 Kwi

Ach, odrywać się od ziemi, przezwyciężając prawo grawitacji, i lekko szybować w niebieskich przestworzach – to ogólne pragnienie człowieka, tylko częściowo spełniane rozwojem transportu powietrznego. Przecież to własnowolność, inaczej: niezależność od kogokolwiek i czegokolwiek, jest sednem wspólnego nam marzenia.

Kiedy jednak treść snu o locie potraktujemy metaforycznie, to zaraz podmiot owych tęsknot zawęzi się do ludzi sukcesu. A wśród pragnących się wybić niechybnie znajdziemy artystów. Jeżeli jeszcze ich rejestr ograniczymy do ludzi pióra, to zleksykalizowana przenośnia odzyska swoją świeżość. Bo co piszącego lepiej unosi w górę niż skrzydełka własnej książki. Ten zagięty pasek obwoluty znakomicie służy wyliczaniu osiągnięć, jakie są udziałem autora.Jeżeli  jeszcze fakty uzupełnić stosownymi przymiotnikami….

Co ja tam jednak będę uogólniać, lepiej się posłużę własnymi doświadczeniami. Kiedy ostatnio składałam w wydawnictwie wybór swoich recenzji teatralnych (Tak. Widziałam to – Tak to widziałam, Test 2016), stanęłam wobec pytania, czym zapełnić skrzydełko. Oczywiście zdjęcie (jeszcze raz dziękuję za nie Panu Andrzejowi Rożkowi) i nie mogłam się zdecydować, co więcej. Książka bowiem zaczyna się kilkoma słowami „od autorki”, a wewnątrz są adresy bibliograficzne wszystkich tekstów, więc po co powtarzać, kiedy debiutowałam i gdzie ukazywały się moje teksty przez te trzydzieści lat recenzenckiej aktywności. Toteż zdecydowałam się umieścić tylko tytuły swoich książek –  tomików poetyckich oraz powieści i zbioru miniatur prozatorskich.  A i tak miałam poczucie, że stroję to skrzydełko w cudze piórka, bo między właściwe dla piszącego o przedstawieniach, wtykam kilka bardziej połyskliwych z upierzenia artysty.

I męczyłby mnie ten problem, gdybym się nie wczytała w noty z antologii  Lublin miasto poetów, gdzie Magdalena Jankowska, czyli ja – autorka wierszy, charakteryzowana jestem niemal wyłącznie jako publicystka teatralna.

W tej sytuacji rozważam następny krok. Zacznę malować (przecież skończyłam szkołę plastyczną) i może dopiero w katalogu prac uda mi się zamieścić informację; „swoje wiersze publikowała m. in. w: Akcencie, Czasie Kultury, Frazie, Kamenie, Kresach, Latarni Morskiej, Nowym Medyku, Odrze, Okolicach, Opcjach, Radarze, Res Publice, Toposie, Tyglu Kultury, Pisarze.pl, Pograniczach, Pracowni, Zwierciadle. I dopiero przy następnej wystawie uzupełnię listę o kilka pism regionalnych.

 

 

http://pbl.ibl.poznan.pl/dostep/index.php?s=d_biezacy&f=zapisy&p_tworcaid=13516

%d blogerów lubi to: