STRONA GŁÓWNA

Każde spojrzenie w tamtą stronę budzi mój gniew. No, może „gniew” to zbyt uroczyste słowo .Po prostu szlag mnie trafia, ilekroć zobaczę „to coś”, co narusza moje poczucie smaku, a więc skazuje mnie na cierpienie.

Tylko nie ma instytucji stojącej na straży doznań estetycznych. To znaczy są architekci, planiści, urbaniści w różnych rangach i przypisani poszczególnym terytoriom. Wiem, że to oni pracują nad wizualną jakością miasta, jak reżyser nad spektaklem, a pisarz swoim utworem. Lecz jeśli ich dzieło swym kształtem narusza, np. uczucia religijne, to oburzeni odbiorcy, mogą to zgłosić do sądu i domagać się zniknięcia danego artefaktu z pola widzenia (i to nie tylko ich, bo to można rozwiązać unikaniem galerii lub teatru, ale w ogóle jako takiego).

A czego ja się mogę domagać? Co zrobić ze swoim oburzeniem? Nazwać ponurym żartem to kolorowe cudo szpecące spory kwartał panoramy wokół Zamku. A nawet gdybym chciała docenić  przesłanie, jakie do walczących z rakiem ma płynąć z żółci i oranżu  dominujących nad przytłaczającymi  brązami, nie mogę się zdobyć na przychylniejszą ocenę. To i tak godzi w moje poczucie piękna. Niestety, na to naruszenie nie ma paragrafu..

 

%d blogerów lubi to: