Archiwum | Maj, 2015

SĄ TEGO WARCI

28 Maj

Po tym, jak Bohdan Zadura w swoich wierszach „ograł” język reklamy, zajmowanie się tematem jest samobójczym posunięciem, mimo to nie mogę się powściągnąć. Postanowiłam to jednak zrobić – bez zważania na inny prócz wychowawczego efekt. Trochę  z pozycji ciotki, co siedzi na kanapie i wszystko ma za złe, ale w trosce o podtrzymanie właściwych form.

Słuchając pewnej scenki reklamowej, którą od wielu dni emituje radio, mam nieodparte wrażenie, że przyczynia się  do psucia obyczajów. I nie chodzi tu o normy konsumenckie, gdy poleca nam się produkt  bezwartościowy albo po zawyżonej cenie. Tu widzę wyłącznie szkodzenie zasadom dobrego wychowania. Co gorsze, poprzez swój kształt komunikat niszczy savoir-vivre wśród  młodzieży akademickiej. W najkrótszym opisie sprowadza się do tego, że pełen entuzjazmu dziewczęcy głos sypie pochwałami; „co za erudycja, co za pamięć”. Pośród  wyliczanki komplementów pojawia się zaś apostrofa: „pani profesor”, co pozwala nam się zorientować, że jesteśmy świadkami sytuacji na sali wykładowej. Komplementowana zaś radośnie odpowiada, że to wszystko dzięki regularnemu zażywaniu stosownego suplementu.

Nie mam nic przeciw twierdzenia, że wyciąg z miłorzębu japońskiego wspomaga pracę mózgu, moją dezaprobatę natomiast wzbudza tak bezpośredni sposób wyrażania podziwu dla  sprawności intelektualnej przedstawicielki nauki. Czy jestem wrogiem naturalności zachowań  i chcę usztywnienia życia przez konwenanse? Nie. Nadmiar etykiety uważam za szkodliwy, ale wydaje mi się, że ogłada wymaga zachowania części z nich. I właśnie relacja student –wykładowca może pozostać enklawą tradycyjnego savoir-vivre, co nie przeszkodzi partnerstwu w zgłębianiu tajników danej dyscypliny. A najlepszym wyrazem uznania dla czyichś kompetencji jest regularna obecność na jego wykładach, mimo iż nie sprawdza na nich obecności. Dobre wychowanie każe zapamiętać, iż w takich okolicznościach komplementy osobiste nie przystoją. Wypada pochwalić klasę wykładu, nie jest stosowne poszczególnych przymiotów wykładowcy. Inaczej słuchacze, i to w dobrej wierze, któregoś razu wykrzykną: co za zgrabne nogi, pani profesor.

Z ŻYCIA A.

12 Maj

Miał imię i nazwisko, ale był nikim. Anonimowość skazywała go – w jego własnych oczach – na niebyt. Wiedział jednak, że to się musi zmienić. Pragnął być kimś. Kimś, czyli zdobywcą szczytów.

Regularnie piął się, chociaż zdarzały się potknięcia, po których czuł, że właśnie spada w czarną otchłań. Jednak nie zginął. Wielekroć wychodził z opresji i nie zmieniając kursu, spełniał swoje marzenia. Po latach uwieńczył wspinaczkę, stawiając stopę na najwyższym szczycie.

Poczuł się zrealizowany.

Ale to był tylko moment, bowiem zaraz sobie uświadomił, że oprócz twardej skały, którą mógł sam przedeptać i zadbać o ogłoszenie światu tego sukcesu, rysują się przed nim góry późniejszej perspektywy. A ta już będzie poza sferą jego doświadczeń i wpływów. Historia przez duże H, ignorująca pamięć rodziny, przyjaciół i najbliższego otoczenia, pisana tak, jakby chciała naśladować pasma górskie z szeregami szczytów – łudziła go, ale i konfrontowała z wizją zniknięcia we mgle.

Uświadomił to sobie. Nie miał wątpliwości – jest a……

%d blogerów lubi to: