Archive | Luty, 2014

TEGO NIE LUBIĘ

25 Lu

 

Akceptacja świata, choć niebezkrytyczna, to ważne ze świadectw zdrowia psychicznego.

Świadomość wyboru norm, które stanowią dla nas kryterium postępowania, i rozeznanie we własnym guście są człowiekowi bardzo potrzebne, stanowią bowiem jednostkowy kościec moralny i zindywidualizowaną zewnętrznie formę bytu.

Pochwała, choćby i umiarkowana, może zdziałać cuda. Nieśmiałego – ośmieli, wycofanemgo pchnie krok w kierunku centrum, zarozumiałemu da poczucie, że ludzie się jednak na nim poznali.

Jak widać, nawyk wyrażania przychylności jest nadzwyczaj pożyteczny. Ten, kto to świadczy, zyskuje miano osoby miłej, serdecznej, przyjaznej. Pozytywne nastawienie to przecież podstawa udanych relacji w społeczeństwie.

Wszyscy chcemy się tym szczycić. Wszyscy potrzebujemy pozytywnych sygnałów pod swoim adresem. Ćwiczymy się więc w dziele, a współczesne środki komunikacji  ogromnie nam w tym pomagają. Pierwszy lepszy z brzegu przykład – zawiadomienie, które wiele osób lubi:

„Dziś w nocy zmarł na zawał serca znakomity kontrabasista jazzowy, kompozytor, lider zespołu – Zbigniew Wegehaupt”

To byłoby nawet śmieszne, gdyby nie było tak smutne.

MIŁOSNE PUKI

18 Lu

14 lutego to dla mnie żaden szczególny dzień, a jednak – w okrężny i niekomercyjny sposób –  wykorzystałam wciąż jeszcze nową w naszym kalendarzu datę. Postanowiłam zobaczyć, jaki haracz słowny spłacają ci, którym patronuje św. Walenty. Nie ciekawiła mnie Jasnorzewska, Hillar, ani Marta Podgórnik. Również nie nęcił mnie żaden  wieszcz, ani Gałczyński, ani Baczyński. Świetlickiego też nie miałam na względzie. Chciałam zobaczyć wiersze piszących amatorów, jakby wierząc, że autentyzm ich wypowiedzi będzie istotnym walorem. Wrzuciłam do wyszukiwarki hasło: „wiersze miłosne”. Na pierwszym miejscu uplasowały się „Najpiękniejsze wiersze miłosne” Nic, tylko pogratulować dobrego samopoczucia autorowi nagłówka i pewnie selekcjonerowi tekstów w jednej osobie. Za to następna pozycja  dostarczyła coś obiecującego od samego tytułu: Kochaj puki

Spodziewam się ostrego erotyku, bezpruderyjnie ujmującego temat, który w rodzimej literaturze ponoć ciągle nie ma dostatecznej  reprezentacji. Polszczyzna bowiem nie wytworzyła w tej dziedzinie leksykalnego bogactwa.

Czym mogą być owe „puki”? Słowem pochodnym od „pukania”, ale chyba już semantycznie przekształconym, potraktowanym żargonowo i odnoszącym się do czynności powodowanych raczej chucią niż samym miłosnym afektem, choć jedno z drugim może iść w parze.

I co dostaję? Oto reszta:

kochaj puki
czas puki serce
bije bo każdy z nas
dla miłości zyje

Mam ochotę zalecić puknięcie się w czoło. Tylko jakie mam do tego prawo? Kończę więc niewinnie brzmiącym pouczeniem:  Forma jest nośnikiem treści. Bywa, że okrutnym dla autora, gdyż źle wybrana (również ortograficzna) kpi z jego intencji. Erotyku nie ma, a wzniosły apel wygląda zza tytułu … jak d. zza krzaka.

JAK POGRZEB WITKACEGO

11 Lu

„Nike”, „Gdynia”, „Silesius” – nawet mało obeznanym z literaturą coś te hasła mówią. Skąd bierze się ranga tych konkursów? Nie ukrywajmy, chyba z wysokości ustanowionych nagród. Na ich prestiż ma również wpływ autorytet grona jurorskiego, w skład którego wchodzą wybitni znawcy literatury współczesnej. Poza tym możny sponsor, a wymienione mają takiego („Gazeta Wyborcza” oraz Urzędy Miast – Gdyni i Wrocławia) dba o nagłośnienie konkursu  na różnych etapach jego przebiegu. Wstępna selekcje, uściślenie grona pretendentów, gala nagród. Media nadają sprawie rozgłos.

Lublin, szczycący się związkiem z Józefem Czechowiczem, ma konkurs jego imienia, którego historia dobiegła już czterdziestolecia. Przez długi czas miał charakter lokalny, obejmując tylko pisarzy Lubelszczyzny, jednak w 2009 roku przeszedł radykalną metamorfozę. Za staraniem Bernarda Nowaka, w drugiej kadencji jego prezesowania naszemu Oddziałowi  SPP, konkurs przemianowano na ogólnopolski. Pierwszym laureatem został Tadeusz Różewicz, co przedsięwzięciu dodało niebywałego splendoru. Po dwóch latach, bo konkurs poetycki jest naprzemienny z prozatorskim – imienia Bolesława Prusa, laur zdobył  Bohadan Zadura  ogólnopolski w rozgłosie, terytorialnie „nasz”.

O ile pierwszemu z nagrodzonych statuetkę trzeba było zawieźć do Wrocławia, to drugi zwycięzca osobiście  odbierał ją podczas uroczystości w salach Zamku Lubelskiego, dokąd przybył w towarzystwie rodziny. W honorowych krzesłach zasiedli też nominowani poeci. Były przemowy i podziękowania. Momenty autentycznych wzruszeń. Zrobiło się światowo. Ranga „Czechowicza” w wydaniu ogólnopolskim miała się dobrze.. Chociaż nie do końca…

Wiem, że pisząc te słowa stawiam się w rzędzie przeświadczonych, jakoby to, czego nie ma w telewizji, w ogóle nie istniało, ale jednak obecność mediów wpływa na hierarchizację wydarzeń kulturalnych. Niestety, żadna ekipa z kamerą się wówczas nie pojawiła.

W trzeciej edycji trofeum powędrowało w ręce prof. Tadeusza Kłaka, wybitnego znawcy Józefa Czechowicza, krytyka literackiego, autora około czterystu publikacji. Ale nie poety!. Ten wyłom w regulaminowych celach, bo przecież punkt „ za całokształt dokonań”, też się chyba odnosi do liryki, rzucił cień na całe przedsięwzięcie. Co złośliwsi przewidywali, że następnym razem zostanie nagrodzony portrecista, który najlepiej ujął podobiznę twórcy „Poematu o mieście Lublinie”

Dziś już jesteśmy po czwartym rozstrzygnięciu konkursu. I tym razem zwycięzcą został ktoś z Lublina –  autor tomu „Galatea” Jacek Brzozowski.  Pod pseudonimem tym kryje się  Józef Franciszek Fert,  prof. KUL  – w swoim czasie  prorektor tej uczelni. To w ogóle była „profesorska” edycja. Laureat – profesor. W jury aż trzech – sprawujących wcześniej obowiązki w Ogólnopolskim Konkursie Prozatorskim im. B. Prusa –  prof. Czesław Michałowski, specjalista od upowszechniania postępu w rolnictwie i organizacji agrobiznesu,  prof. Jan Gurba, archeolog, prof. Feliks Czyżewski, językoznawca z Zakładu Filologii Ukraińskiej UMCS. Ciało kolegialne uzupełniał jedyny w tym gronie  przedstawiciel SPP, o nieco niższym statusie naukowym, obecny prezes  Zbigniew  Fronczek. Laudację zaś wygłosił prof. Jerzy Święch, wieloletni kierownik Zakładu Literatury Współczesnej Filologii Polskiej UMCS, autor tak znaczących pozycji książkowych, jak „Poeci i wojna”, „Nowoczesność. Szkice o literaturze polskiej XX w”. Nakreślił w niej sylwetkę bohatera wieczoru- szczególnie jako tekstologa i edytora, którego zasługi dla Czechowicza są trudne do przecenienia, szczególnie dla krytycznego wydanie  jego dzieł.

Sala Muzeum Czechowicza, gdzie odbywała się uroczystość, pękała w szwach. Poeta wygłosił  swoje literackie kredo, według którego „‘miłość i modlitwa”  są skrzydłami poezji, potem czytał wiersze z wyróżnionego tomiku. Zrobiło się serdecznie, wręcz rodzinnie. Długo trwały rozmowy przy „kawie Czechowicza’ sponsorowanej przez „Pożegnanie z Afryką” i kieliszku wina postawionym przez zwycięzcę. A jednak…

Telewizji znowu nie było. O nominowanych jury ani się nie zająknęło. Nie było informacji o liczbie zgłoszonych książek, co piszę jak ktoś współodpowiedzialny, bo przecież należę do Zarządu tutejszego Oddziału. Wyłapuję niedociągnięcia, aby ich następnym razem uniknąć. Przynajmniej robię to z taką nadzieją.

Zaczęłam od pieniędzy i na pieniądzach skończę. W 2009 r. nagroda wynosiła 15 ,  a w tym już tylko  6, 5 tyś.

A z pogrzebem St. I . Witkiewicza było tak: na mocy podpisanej w 1987 r umowy o współpracy Polski z ZSRR w dziedzinie kultury i nauki, starania o sprowadzenie  szczątków pisarza z Jezior na ziemi ukraińskiej zyskały pozytywny finał. W 1988 zostały złożone w grobowcu jego matki na Pęksowym Brzysku w Zakopanem. Uroczystość żałobna miała niezwykle bogatą oprawę artystyczną, ale już w trakcie transportu metalowej trumny istniały przesłanki, że wewnątrz niej spoczywa zupełnie inna osoba. Ekshumacja po paru latach potwierdziła obawy – była to młoda kobieta. Jeszcze później okazało się, że wątpliwa jest tożsamość prochów matki.

WYCZYTANE Z WIERSZA

4 Lu

Przy okazji zakładania swojego blogu (dla zwolenników form potocznych bloga) przejrzałam  recenzje poświęcone mojej twórczości, które chciałam umieścić pod jedną z zakładek. Ich lektura przypomniała mi szkolny problem „co autor miał na myśli?” tym razem rozstrzygany przez wytrawnych czytelników, czyli recenzentów , niekiedy będących równocześnie poetami. Stąd koncept zestawienia kilku odczytań tego samego tekstu. Zacznę od  wiersza :

KTO SIĘ TU LICZY?

Jest Warszawa. Jest Kraków. Jest centrum

i prowincja – sezonowy pępek świata. Są nowi

barbarzyńcy i starzy znajomi – bz. (B. Z.?)

od kilkudziesięciu miesięcy. Jest setka

najwybitniejszych z jednego pokolenia. Są

donośne głosy i nagłośnione nazwiska. Są różne

szkoły. Ściany mają uszy, ludzie języki a spryt

często bardzo długie nogi. Ścieżki szybkiego

druku nie zawsze wiodą przez redakcyjne

biurko. Są doctus i są kaskader.

Są wschodzący i świeżo zeszli. Śmierć

jest formą reklamy. To wszystko

jest do zapomnienia,

kiedy się czyta

wiersz.

Pierwszy z interpretujących  zrozumiał go tak, iż poczuł się upoważniony napisać o mnie: […] Ma doskonały słuch poetycki, łatwość kierowania słowem według swoich fantazji, smak poetycki. Ma też w pełni uzasadnione poczucie niedowartościowania, nieprzystawalności do świata dzielonego na centrum i prowincje, na Warszawę, Kraków i resztę świata, na „nowych barbarzyńców i starych znajomych”. Posiadła w tym zakresie smutną wiedzę:Ścieżki szybkiego/ druku nie zawsze wiodą przez redakcyjne/ biurko. Są doctus i są kaskader./Są wschodzący i świeżo zeszli”.

A raz podjęty wątek pozwala mu szukać kontynuacji tej postawy w innych  utworach :.O krytykach też nie ma najlepszego zdania: „ Krytycy wydają/książki podobne do spisu lokatorów”, a jeszcze gorsze o redaktorach z komercyjnych pism: „Sprawdzają/ wolnorynkowe zalety poetów – czy z dobrego rocznika/(tego co robił przewroty w poetyce i filozofii.)” No cóż, wiadomo nie od dzisiaj , że bycie poetą to nic przyjemnego. Gdybyż jednak chodziło tylko  o „oficjalne”  zajęcia  poetów, ale nie…Nabierz na łyżeczkę trochę/własnej śliny. Popatrz na nią/A teraz weź do ust//Co znacznie trudniej  niż cudzą/w pocałunku?//To teraz mi już nie mów, że mnie /egocentryczce przeżuwającej w kółko swoje własne problemy jest tak/piekielnie łatwo”. M. Jankowska obserwuje rzeczywistość bez większych  nadziei na dostąpienie dobrodziejstw „nowego przykazania”, jest nieufna, napięta, krytyczna, pozbawiona złudzeń i tak bezlitośnie spostrzegawcza. (Krzysztof Stankiewicz Dziesięć zdań o…. Topos 4/1998)

.

Drugi z nich wyczytał w tym samym utworze zgoła odmienne przesłanie: […] Na czym to zrównoważenie polega, najlepiej może widać w wierszu „Kto się tu liczy?”. Po takim tytule następuje nie, co się liczy, a co jest. Po tytule kto się tu liczy? Następuje wyliczanka. Jest Warszawa, Kraków, prowincja (sezonowy pępek świata – więc jednak coś z liczenia się w sensie znaczenia), nowi barbarzyńcy, starzy znajomi – bz. – bez zmian. Jest jakiś B.Z. od kilkunastu miesięcy – a jak przed nim są starzy znajomi to być może autor „Starych znajomych?” – „setka najzdolniejszych z jednego pokolenia”, „donośne głosy i nagłośnione nazwiska”, co pozwala przypuszczać, że to nie to samo.”Różne szkoły”. Koniec wyliczanki – zaczyna się opis: „ściany mają uszy, ludzie języki, spryt często bardzo długie nogi. Ścieżki szybkiego druku nie zawsze wiodą przez redakcyjne biurko”. Więc przez co? To nie jest dopowiedziane, dopowiedz sobie na własną odpowiedzialność ten „rym znaczeniowy” – biurko –łóżko. Są doctus i są kaskader (coś tu się dzieje z językiem, nie jest doctus i jest kaskader, a są), wschodzący i świeżo zeszli. Śmierć jest formą reklamy. To wszystko.
Mechanizm funkcjonowania poetyckiego rynku, targ – z targowym zamieszaniem, gwarem, przekrzykiwaniem się, tłokiem (setka najzdolniejszych z jednego pokolenia, więc i jacyś mniej zdolni też muszą się kręcić, a tych pokoleń ze trzy, gdy zaś uwzględnić kreatywną moc krytyki, to pewnie i więcej. O jaką poezję może w tym wszystkim chodzić? A czy ktoś tu mówi o poezji? To raczej gra układów, chwilowych koniunktur, usług wzajemnych czy wymiany barterowej, opis mechanizmów, którym przygląda się oko bystre, znające się na rzeczy, opatrzone z tym, czemu się przygląda. Beznamiętne, zdaje się, nie dające się nabrać, nie ulegające złudzeniom, skoro zauważa i to, że śmierć jest formą reklamy. To wszystko – po takiej wiedzy jakież wybawienie? I kiedy czytając myślimy sobie, że „To wszystko” znaczy tyle, co „tylko do tego się wszystko sprowadza”, następuje ciąg dalszy, zupełny – to znaczy o 180 stopni – zwrot. To wszystko

jest do zapomnienia
kiedy się czyta
wiersz

Wbrew pozorom – czy może wbrew pierwszemu wrażeniu – to nie jest wiersz autotematyczny. To nie jest, nieprawdaż, wcale wiersz o pisaniu wiersza, to jest wiersz o czytaniu. O nieautentyczności, w której jest miejsce na autentyczność przeżycia.( B. Zadura Pulsujące źródło, Akcent 1-2/2003)

I jeszcze jeden wiersz:

NIE MA CUDÓW

nic już dzisiaj nie napiszę

ale wystarczy

gest w otwarte drzwi balkonu

i z garści pszenicy w samym środku grudnia

wyrastają wróble

Pierwsza refleksja krytyczna: Geneza nowego tomiku poetyckiego Magdaleny Jankowskiej w sposób dosłowny została zawarta w jednym z rozpoczynających tę książkę utworów:

„nie ma cudów

nic już dzisiaj nie napiszę”

 

W zbiorku „Tak się składa” czyhają bowiem na czytelnika wiersze pisane przeciwko twórczej niemocy. A zdawałoby się, że wydawnictwo Norbertinum miało w tym przypadku gotową receptę na sukces. Magdalena Jankowska ma już znaczący dorobek poetycki, dotychczas zyskiwała przychylne recenzje i ciepły odbiór czytelniczy. Jej wrażliwość stwarzała okazję wyjścia poza konwencjonalne „kobiece ciepło”. Dawała też szansę poruszenia problemów egzystencjalnych w sposób oryginalny, osobisty i twórczy, bez powtarzania szeroko znanych komunałów (Iwona Kowalczyk, Nie ma cudów, Kurier Lubelski)

I drugie odczytanie: O wierszu „Kto się tu liczy?” warto pamiętać, gdy się czyta ostatni wiersz tomu „już” – bardziej autotematyczny, bo o pisaniu – choć to nie musi być pisanie wiersza, to może być pisanie jakiegokolwiek – mowa już w drugim wersie:

nie ma cudów
nic już dzisiaj nie napiszę

Gdybym sądził po sobie, to byłbym pewny, że to jakiś inny rodzaj pisania użytkowego, pisanie jakiegoś artykułu, recenzji, no może prozy. „Nie ma cudów” z pierwszej linijki powiedziane jest lekko, zwyczajnie, niezobowiązująco, kolokwialnie i cały ten pierwszy dwuwiersz właściwie zarysowuje sytuację całkowicie banalną

ale wystarczy
gest w otwarte drzwi balkonu

i z garści pszenicy w samym środku grudnia
wyrastają wróble

Nie ma cudów, a oto dzieje się cud, w pewien sposób ten wiersz sam jest cudem, cudem przemiany ziaren w ptaki, czymś, co da się wytłumaczyć, ale zanim się zacznie tłumaczyć , uderza sugestywnością i momentalnością dziania się. Czytając ten wiersz zapomina się o tym wszystkim, co zostało opisane w wierszu Kto się tu liczy?, zapomina się także o tym, jak sam ten wiersz jest zrobiony, o tym, że nie ma w nim słowa ziarno, a wróble wyrastają z ”garści pszenicy”( Bohdan Zadura Pulsujące źródło, Akcent 1-2/2003)

Przecież wiemy, że  w akcie czytania treść podlega filtrowi światooglądu odbiorcy, który czasem  z utworu zatrzyma intencje zupełnie autorowi obce, a czasem uświadomi poecie zupełnie niejawną dla niego samego postawę. Raz wierszowi przyda wartości, a raz ją niemal unicestwi, ale o tym trzeba zapomnieć, kiedy się pisze wiersz.

P.S.

Artyści wszystkich branż – chcecie się podzielić doświadczeniami z odbioru Waszych prac?

%d blogerów lubi to: